piątek, 23 listopada 2012

Bo chodzi o to, żeby nie wpaść w błoto.

    Osiedle na którym mieszkałam było w budowie od 3 lat. Na placach pomiędzy budynkami stały ogromne szpule z kablami a ścieżki były ułożone z płyt zbrojeniowych, żeby po błocie gliniastym w czasie deszczu nie łazić. Z tych płyt wystawały druty zbrojeniowe i można było niezłego orła wywinąć gdy się człowiek o to zahaczył.
Obok mojego bloku budowano jeszcze dwa wieżowce tzw. ślizgi. Ich nazwa pochodziła od sposobu ich budowania. Rosły sobie i rosły aż urosły do dziesiątego piętra.
Po drodze do szkoły powstawał kompleks handlowy i tam również było błoto, błoto i jeszcze raz błoto a gdzieniegdzie błoto. Ponieważ byłam jeszcze małym tuptusiem z ogromnym tornistrem to do szkoły odprowadzała mnie czasami babcia, czasami mama a czasami ciocia ale to nie trwało długo, bo szybko się usamodzielniłam i chodziłam sama.
W ten jednak dzień jeszcze nie szłam sama i padło na babcię. Moja babcia jeszcze wtedy pracowała w księgarni i nie wiem dlaczego w tym dniu miała akurat wolne, ważne że odprowadzała mnie do szkoły.
Spakowałam tornister, zarzuciłam na plecy i chwytając babciną rękę maszerowałam na lekcje na godzinę 12.00. Tak, tak nie pomyliłam się na dwunastą. Wtedy panował wyż demograficzny, w klasach było po czterdziestu pięciu uczniów a klasy były od A do F. Do szkoły chodziliśmy na trzy zmiany!
W tym dniu pogoda była nie najgorsza, nawet słoneczko świeciło ale na naszej budowie było i tak błotniście i grząsko. Na koniec osiedla dotarłyśmy bez przeszkód i byłyśmy już w okolicy sklepów, gdy na drodze wyrosła deska wsparta na dwóch kamieniach. Ja szłam pierwsza i zamierzałam to cudo ominąć ale za sobą usłyszałam głos babci:
- idź po tej kładeczce a nie po błocie, bo buciki pobrudzisz.
- ale mnie tędy wygodniej będzie.
- nie żabciu idź po kładeczce.
No skoro tak, to żabcia weszła na kładeczkę i nagle poczułam, jak to cholerstwo się kołysze! Jeden krok, drugi - ała! to się przechyla! - trzeci - oj, oj, oj! - czwartego już nie było. Wyłożyłam się jak długa w poprzek błotnistej kałuży. Czułam, jak ta ciapa dosłownie wlewa mi się za kołnierz.
Gdy już stanęłam na nogi, brudząc oczywiście buciki, okazało się że ja się kompletnie do szkoły nie nadaję! Zrobiłyśmy w tył zwrot i świńskim truchtem pognały do domu, żebym się mogła przebrać.
Jedynym pozytywem było to, że mogłam już teraz włazić we wszystkie kałuże i błotka, bo już i tak nic nie mogło mi zaszkodzić.
W domu rozebrałam się do rosołu, bo rzeczywiście wszystkie ciuchy były do prania, ale to jeszcze nic, bo okazało się, że wszystkie zeszyty i książki nieźle oberwały! W moim tornistrze dosłownie wszystko pływało. Wycierałyśmy każdą okładkę, wyciągnęłyśmy upaprane drugie śniadanie i piórnik a czas leciał. Przebrałam się w czyste ubranie, jako tako reanimowane zeszyty upchnęłam do wyczyszczonego tornistra i wio z powrotem do szkoły. Po drodze przeszłam obok kładeczki i dzięki temu dotarłyśmy już na ostatnią lekcję do szkoły.
Moja Pani, jak usłyszała tą historię, to pokiwała tylko głową i uśmiechnęła się od ucha do ucha.


Ja Krasnoludek.

   Nadszedł rok 1977, człowiek dorastał i musiał iść do szkoły. W tamtych czasach, bardzo już zamierzchłych nie było zerówki tylko starszaki w przedszkolu a potem szło się do pierwszej klasy. Zresztą organizacja szkół podstawowych też była zupełnie inna. Było 8 klas i nie było potem gimnazjum, tylko od razu szkoła średnia. Przez pierwsze lata mojej nauki, chyba gdzieś do piątej klasy nie było też wolnych sobót i w soboty również zapychało się do szkoły.
Szkoła do której miałam uczęszczać znajdowała się o jakieś 10 minut drogi na piechotkę. Zresztą budynek był nie byle jaki, bo to tak zwana 1000 - latka. W tamtych latach powstało 1000 szkół na tysiąclecie Państwa Polskiego. Budynek był dość sprytnie zbudowany i składał się z trzech dwupiętrowych pawilonów połączonych parterowym łącznikiem, który mieścił w sobie gabinet dyrektora, stołówkę, pokój higienistki oraz gabinet dentystyczny i biegł aż do dużej sali gimnastycznej. Na zewnątrz, pomiędzy pawilonami były tzw. placyki, na które gromadnie wylegało się na przerwie.
Każdy pawilon służył innym uczniom. W pierwszym uczyli się najmłodsi w klasach od 1 do 3, w drugim średniaki w klasach od 4 do 6, a w trzecim najstarsze klasy siódma i ósma.
Nauczyciele na przerwach pilnowali, żeby całe to towarzystwo nie mieszało się między sobą, co było bardzo bezpieczne dla maluchów z pierwszego pawilonu. Wtedy jednak panowały inne zasady wychowania. Uczeń nie miał prawa odpyskować nauczycielowi, bo nie kończyło się to dla niego zbyt dobrze. Na ogół lądował półżywy ze strachu na dywaniku u dyrektora a na dokładkę przychodził po niego zazwyczaj skrajnie wściekły ojciec i jeszcze delikwent dostawał manto. Nauczycielom nie było też obce stosowanie wyszukanych kar cielesnych takich jak wbijanie paznokci w ucho przez panie nauczycielki, zgniatanie palcami nosa przez pana wuefistę oraz bicie linijką przeznaczoną do rysowania figur matematycznych na tablicy, długą i drewnianą.
No ale od początku.
Pierwszą klasę zaczęłam uroczystym apelem na szkolnym dziedzińcu. Potem zaproszono nas z rodzicami do klas, żeby móc poznać naszych nauczycieli, to zresztą praktykuje się do dziś.
W klasie okazało się, że jestem najmniejsza ale tytę ze słodyczami miałam wielką!
Nasza Pani okazała się być aniołem i wszyscy kochaliśmy ją bezgranicznie, była bardzo ciepłą osobą i prawdziwym nauczycielem z powołania. Niestety mogła nas uczyć tylko przez 3 lata.
Ta nasza wychowawczyni miała córkę Ewę, która chodziła do tej samej szkoły ale już do siódmej klasy. Ta Ewa przychodziła często do naszej klasy na przerwach ze swoimi koleżankami. Jej było wolno się przemycić do "najmłodszego" pawilonu, bo była przecież córką nauczycielki. Ponieważ ja byłam takim małym krasnoludkiem z niedowagą, cokolwiek źle chodzącym ale rzęsy miałam na pół twarzy i bardzo gęste włosy, toteż dziewczyny bawiły się mną, jak lalką. Nosiły mnie na rękach, czesały mi kucyki a potem warkoczyki i tak w kółko. Ja oczywiście byłam cała szczęśliwa, bo słyszałam zawsze od nich masę komplementów. Skończyło się to gdy dziewczyny skończyły ósmą klasę.
Pomimo mojego mikrego wzrostu okazało się, że mam pokaźny głos i nawet gdy szeptałam w ławce Pani od razu wiedziała, że ja znowu gadam. A paplałam na potęgę. Pewnego razu nawet ten "anioł" w ludzkiej postaci stracił do mnie cierpliwość i chciał mnie z leksza linijką na środku klasy w pupę stuknąć, ale ja wywijałam się jam mogłam i biegałam w kółko, na tyle ile umiałam, co wywołało salwę śmiechu w klasie i wzbudziło ogólną wesołość łącznie z Panią, która odpuściła mi natychmiast wszystkie moje winy i zrezygnowała z zastosowania kary cielesnej.
Udało mi się także zaprzyjaźnić z trzema dziewczynkami i tworzyłyśmy razem całkiem zgrabną paczkę, chociaż jedna z nas górowała nad nami znacząco wzrostem, jedna nie słyszała na jedno ucho, ja jak wiadomo chodziłam specyficznie i tylko ostatniej nic nie dolegało ale nikomu to nie przeszkadzało. Mieszkałyśmy wszystkie na jednym osiedlu, bardzo blisko siebie i dzięki temu latałyśmy w kółko jedna do drugiej i miałyśmy coraz to głupsze pomysły o których później nadmienię.
Takie oto były początki mojej szkolnej edukacji.

wtorek, 6 listopada 2012

Echo zabawy jest we mnie do dziś.

    Moja mama pracowała w biurze projektowym. Było to ogromne gmaszysko, które miało wielką salę konferencyjną wykorzystywaną na różnego rodzaju imprezy. Urządzano tam  też zabawy karnawałowe dla dzieci pracowników. Na sali była scena, na której grał zespół i dzieci mogły też śpiewać do mikrofonu w ramach konkursu piosenki. Pracownicy biura w ramach czynu społecznego robili dla dzieciaków wianuszki, czapki i kotyliony z kolorowej bibuły, które potem rozdawali na sali i w ten sposób każde dziecko było pełnoprawnym uczestnikiem zabawy i czuło się wyjątkowo.
Miałam niecałe 6 lat. To była moja pierwsza taka zabawa od kiedy nauczyłam się chodzić. Gdy weszłam do tego wielkiego pomieszczenia, oniemiałam, mnóstwo ludzi, muzyka, kolory, taniec. Pamiętam sufit, który był odległy od podłogi o całe lata świetlne! W dzisiejszych czasach sala prezentowała by się raczej marnie, ze swoimi kulistymi lampami i wszechobecną boazerią ale wtedy, to było coś.
Nie czułam się tam obco, bo mama zabierała mnie często do pracy gdzie sadzano mnie przy maszynie do pisania a ja wytrwale bębniłam w nią całymi godzinami pisząc jakieś bzdety. Znałam więc mamy kolegów i koleżanki a także ich dzieci.
W tym dniu bawili się z nami harcerze z jakiegoś hufca, bo wtedy to było w modzie a i harcerstwo działało pełną parą. Pomagali w organizowaniu imprezy, konkursów, tańców oraz w rozdawaniu poczęstunku.
Z tego dnia pamiętam jeden epizod.
W trakcie zabawy na sali utworzono kilka tanecznych kół. Koła były jedne w drugich, największe na skraju a najmniejsze w środku. Moja mama w tym czasie poszła po jakąś herbatkę i na chwilę spuściła mnie z oka. Stałam sobie grzecznie z boku, gdy podeszła do mnie jakaś harcerka i zaprosiła do zabawy. Nie trzeba długo było mnie namawiać a ponieważ dziewczyna była młodą siusiumajtką, to pewnie nie zauważyła, że to borajstwo klapciate, które porwała do zabawy ledwo trzyma się na swoich małych nóżkach. Koła wirowały a ja jakimś cudem znalazłam się na samym środku w kółku, które kręciło się najszybciej.
Dech zapierało mi w piersiach, nogi prawie fruwały nad ziemią, bo wyższe dzieci podnosiły mnie za ręce do góry, albo tak mi się przynajmniej wydawało, oczy widziały zamazany obraz i tylko jedna myśl:
- ja tańczę, tańczę! Daję radę!
Nagle silne szarpnięcie przywróciło mnie do rzeczywistości. Jakieś zamieszanie, koło się rwie, ktoś mnie podnosi do góry. Wierzgam jak szalona, co się dzieje? Obracam głowę a to moja mama.
- matko jedyna! Gdzieś ty poszła? Ty nie możesz tak szybko biegać, bo upadniesz! Chodź kochanie, potańczysz sobie bezpiecznie z boku sali. Rozumiem moją mamę, bo bała się o moje zdrowie. Tyle moich cierpień widziała, tyle gipsów się nanosiła, tyle łez wytarła i nie mogła pozwolić na to by coś mi się stało.
Trafiłam pod ścianę, w bezpieczne miejsce. Tam mogłam sobie tupkać bezpiecznie w moich białych rajstopkach i małych bucikach z wianuszkiem na głowie. Bezpieczne dziecko, najnieszczęśliwsze na świecie!
Ta ściana jest we mnie do dziś. Gdy nie mogę sobie z czymś poradzić lub czuję się zepchnięta na margines, gdy ktoś daje mi do zrozumienia, że nie pragnie mojego towarzystwa, wypadam z kółka i staję przed tą ścianą z boazerii, niepotrzebna nikomu.

piątek, 19 października 2012

Przedszkole

      Do przedszkola poszłam mocno spóźniona. Moje problemy zdrowotne nie pozwoliły mi na to, ale w końcu jednak w oddali zamajaczyła podstawówka, więc wypadało zaliczyć przed nią chociaż "starszaki".
Przedszkole było daleko od domu i należało do zakładu, w którym pracował mój ojciec. Rano, bohatersko, jeszcze przed pracą, odprowadzała mnie tam mama. Czasami w zimie ciągnęła mnie na sankach,  a w lecie biegła za mną trzymając kijek od miotły przymocowany do rowerka. Moja kochana, bohaterska mama! Dopiero teraz widzę, jak bardzo się ze mną umęczyła.
    W przedszkolu udało mi się dość szybko nawiązać kontakty z dzieciakami, zwłaszcza że wiele z nich było dziećmi współpracowników mojego taty i znaliśmy się z wycieczek i różnego rodzaju spotkań. Pamiętam urywki zajęć. Najbardziej rytmika zapadła mi w pamięć, może dlatego że rozpaczliwie próbowałam dotrzymać kroku koleżankom i kolegom a także starałam się trzymać pion, co do dzisiaj nie zawsze mi wychodzi. Leżakowanie, hm dzisiaj wiele bym za nie dała ale wtedy, jak każdy szanujący się przedszkolak nie znosiłam tego z całego serca. Pamiętam, że raz tak mi się podczas tej pseudo drzemki nudziło, że wzięłam do buzi łańcuszek, który miałam na szyi i żułam go namiętnie. Jedno z ogniwek trzasnęło a ja ku swojemu zaskoczeniu połknęłam całkiem spory kawałek tej metalowej bądź co bądź biżuterii. Oblał mnie zimny pot ale siedziałam jak trusia i ani pisnęłam. Dopiero w domu mama zauważyła brak łańcuszka i wziąwszy mnie w krzyżowy ogień pytań wycisnęła ze mnie zeznania. Do dzisiaj wspominam, jak mama z babcią grzebały kijkiem w moim nocniku w poszukiwaniu "złota" za każdym razem gdy tylko, no wiecie co.
    Przedszkolaki mają też swoje romanse i mnie także to nie ominęło ale chyba nie było to dla mnie zbyt ważne, bo konkretnych szczegółów nie pamiętam.
Jest jednak pewna historia związana z balową sukienką, która dość dobrze wryła mi się w pamięć.
A było to tak. W przedszkolu organizowano zabawę, która jak mi się wydaje organizowano wiosną ale z jakiej okazji licho wie. Ja miałam być Panią Wiosną! No przecież o tym marzy każda mała dziewczynka. Moja mama uszyła mi piękną, niebieską, długą do kostek sukienkę, na którą ponaszywała kwiatki. Na głowie miałam mieć wianuszek. Miałam być piękna, strojna, najważniejsza i co za tym idzie najszczęśliwsza. Miałam, ponieważ jednak urodziłam się pod dość kiepską gwiazdą, toteż oczywiście rozchorowałam się przed samą zabawą. Efekt tego był taki, że w ten dzień leżałam z gorączką w łóżku i tak strasznie rozpaczałam, że żal było słuchać. Moja mamcia wpadła jednak na cudowny pomysł i w dniu, w którym szłam pierwszy raz po chorobie do przedszkola ubrała mnie w tą wymarzoną sukienkę! Nie muszę chyba mówić jaka byłam szczęśliwa.

poniedziałek, 8 października 2012

Kto zaszczepił mi miłość do gór?

     Mój tato jest miłośnikiem gór, wycieczek i historii. Do każdej rzeczy, którą się interesuje podchodzi z ogromną pasją. Nie ma tu miejsca na niedomówienie, na "po łebkach", na "na odwal się". Ponieważ jako dziecko chorował na chorobę Heinego Medina i prawie umknął diabłu spod łopaty, ma do dzisiaj niezaspokojony apetyt na życie. Choroba zostawiła po sobie kłopoty z chodzeniem i sporym osłabieniem mięśni. Zaleceniem lekarzy było chodzenie, chodzenie i jeszcze raz chodzenie. Ponieważ tato, jak pisałam nie lubi półśrodków, toteż chodzenie połączył z górskimi wyprawami. Na te wyprawy ciągnął za sobą balast w postaci młodszego o 7 lat brata, który przerósł "mistrza" i został himalaistą. Po jakimś czasie ojciec dorobił się złotej odznaki Got-owskiej i został przewodnikiem tatrzańskim oraz organizatorem różnego rodzaju rajdów górskich.
Pasja przesłaniała mu cały świat i trudno było nagle pogodzić się z tym, że urodziła mu się córka mało, że się tak wyrażę mobilna. Ponieważ nie obce mu było majsterkowanie oraz modelarska pasja, toteż wykombinował złoty środek. Sam zaprojektował i wyspawał nosidełko, które w tamtych czasach kompletnie nie było znane. Moi rodzice pakowali mnie zatem do tego sprytnego urządzenia i siedziałam tak sobie plecami oparta o plecy taty. To był super wynalazek! Nic nie przesłaniało mi pięknych widoków. Byłam małym, ale nauczonym cierpliwości szkrabem, który chłonął tą przestrzeń, powietrze, rytm kroków rajdowej grupy. Pamiętam wycieczki, na których deszcz nas nie oszczędzał i wtedy naciągano na mnie gustowną pelerynkę i wyglądało to tak, jak bym siedziała w plecaku.Wieczorami, w schronisku lub w drewnianych, letniskowych domkach tato siadał z gitarą i śpiewał wycieczkowe, jak i własne piosenki. Opowiadał też często legendy albo historie, których wszyscy słuchali z zapartym tchem. Uwielbiałam tą atmosferę, nasiąkałam nią jak gąbka. Do dzisiaj uwielbiam się włóczyć na wszelkie sposoby i łazić po górach na tyle, na ile noga mi pozwala, a to na co mi nie pozwala nadrabiam jazdą na motocyklu.

piątek, 28 września 2012

Opiekunki

       Minęły czasy sanatorium. Wszystko powoli wracało do normy. Uszkodzony nerw odbudował się i zaczął działać. Noga była słaba i utykałam, ale w wieku 5 lat w końcu zaczęłam się samodzielnie jako tako poruszać.
Moja mama pracowała, tato też - na trzy zmiany, babcia księgarz za ladą sprzedawała książki, najczęściej na subskrypcję. Cała najbliższa rodzina stanęła przed dylematem, co ze mną zrobić gdy oni są w pracy. Do przedszkola nie chcieli mnie posłać, bo obawiali się, że za słabo chodzę i nie dam sobie rady. Wpadli zatem na pomysł, żeby załatwić mi jakąś prywatną, odpłatną opiekę. Wtedy opiekunki nie przychodziły do domu, tylko dzieci zawoziło się do nich i miały one najczęściej kilkoro maluchów pod opieką.
Na pierwszy rzut oka wszystko układało się pomyślnie do czasu, gdy to moja mama podsłuchała co mówię do siebie podczas zabawy. Byłam dzieckiem, które czuło się znakomicie w swoim własnym towarzystwie. Potrafiłam siedzieć w pokoju, gadać sama do siebie i wymyślać sobie najprzeróżniejsze zabawy. Uwielbiałam maskotki, klocki i plastikowe zwierzątka. Jak miałam tą całą menażerię wokół siebie, to niczego mi do szczęścia nie brakowało.
Kiedy mama ukradkiem podpatrywała co robię do jej uszu dotarły takie wyrazy jak, za przeproszeniem: kurwa, cholera i burdel na kółkach! Matko jedyna pięciolatka rzucała takim mięsem!
Żeby mnie nie spłoszyć, mama poszła do babci i opowiedziała co usłyszała.
- Moja wnusia, moja żabcia? Nigdy w to nie uwierzę!
- Nie wierzysz, to idź i posłuchaj, co mówi ta twoja wnusia, żabcia.
Babcia posłuchała i oczywiście oniemiała. Pochodziła z dobrej rodziny z wojskowymi tradycjami.
Moi pradziadkowie, dziadkowie, wujkowie a nawet babcie i ciocie walczyły za wolność ojczyzny. Wychowywali się w rodzinach oficerów w których obowiązywała nieomalże dworska etykieta a tu ukochana wnunia posługuje się słownictwem z rynsztoka!
Biedaczka weszła do mnie do pokoju i zdesperowana jęknęła:
- A czy ty wiesz kochanie, co to jest burdel na kółkach?
- Wiem babciu, to jest taki wóz cyrkowy w którym mieszkają cyrkowcy.
Okazało się, że ja głuptas nie miałam zbytnio pojęcia o czym mówię. Miałam swoje wyobrażenia, co do znaczenia tych wulgaryzmów. Wstyd się przyznać ale moi dobrze wychowani przodkowie przewracają się w grobach, bo mięsem rzucam niestety do dziś.
No cóż okazało się, że taką naukę wyniosłam z domu wynajętej niedawno opiekunki.
Moja rodzinka zadecydowała zatem, że należy poszukać nowej pani. Jej nazwisko pamiętam do dzisiaj - to była Pani Komendowa. Miała pod opieką jeszcze dwóch małych chłopców, którzy byli odrobinę młodsi ode mnie, a ponieważ jakaś hierarchia obowiązuje, toteż ja wodziłam tutaj prym, jako najstarsza.
W mieszkaniu opiekunki mieszkał żółw, który nie miał lekkiego życia, bo chłopaki z upodobaniem przewracali go na plecy. Leżał zatem biedak większość swojego życia do góry nogami i całymi godzinami ćwiczył rowerek. Ja, jak tylko mogłam odwracałam go z powrotem na plecy i tak w kółko.
     Jako trójka urwisów mieliśmy przeróżne pomysły, zwłaszcza gdy zostawaliśmy na chwilę sami w domu.
Pewnego razu Pani Komendowa wyszła na chwilkę do sklepu, po pieczywo. Pochowała wszystkie niebezpieczne przedmioty i słodycze, żebyśmy się nie nawtykali cukierków przed śniadaniem, czy może przed obiadem, nie pamiętam. Wyszła przypominając żebyśmy byli grzeczni.
Ja jednak nie znoszę, kiedy mi się czegoś kategorycznie zabrania.
- Dlaczego nie mogę zjeść cukierka? I tak nie będę jadła tego głupiego obiadu! Chłopaki a może by tak cukru się najeść?
Desperacko próbowałam dosięgnąć jeszcze do półki z cukierkami ale, że Bozia wzrostu nie dała toteż na cukrze musiało się skończyć. W kuchni stał wielki kredens a w nim na dole wszelakiego dobra było pełno. Mąki, kasze, ryż, cukier i jakieś makarony. Ponieważ w tych czasach nie było pięknych, kolorowych opakowań, tylko wstrętne szare torby, toteż czort wiedział, co się w nich na pierwszy rzut oka znajdowało.
Zamiast wsadzić palec albo chociaż nos do torebki, to my mądralińscy usypaliśmy na środku kuchni całkiem pokaźną kupkę, dopóki nie dotarliśmy do cukru. Słodki był, mniam.
Nasza radość nie trwała jednak długo, bo wróciła Pani Komendowa i prawie zemdlała w progu, jak zobaczyła nasze dzieło.
Nie mam pojęcia, jak rozwiązali to moi rodzice, bo przecież nie nam dzieciom martwić się sprawami wiktu i opierunku, nawet w czasach tak ciężkich jak rok 1975, chociaż kartki na żywność miały dopiero nadejść.
     Jeszcze jednym moim popisowym numerem było chowanie jedzenia w różnego rodzaju zmyślnych zakamarkach. To czego nie udało się upchnąć chłopakom na talerz potrafiłam wrzucić za lodówkę, albo pod tapczan, do pieca ale najsprytniejsze było schowanie go w zimowych butach w szafie. Teraz gdy jestem dorosła i pomyślę sobie co ta Pani Komendowa - świeć Panie nad Jej duszą - musiała z nami mieć, to jestem pełna podziwu dla jej cierpliwości i dużej wyrozumiałości dla nas.

czwartek, 27 września 2012

Z deszczu pod rynnę ...

     Wyzdrowiałam, rodzina mogła mnie znowu co tydzień odwiedzać. W trakcie tych odwiedzin chodziliśmy na spacery po przepięknej okolicy w Goczałkowicach. Jedliśmy desery w kawiarni, przed którą stał klomb w kształcie kosza z kwiatami a w środku była podłoga z desek i kaflowy piec a kawę i herbatę podawano w cienkich szklankach z metalowym koszyczkiem. Taka typowa kawiarnia z PRL-u.
Chodziliśmy nad zalew, gdzie była kajakowa przystań i wdychaliśmy świeże powietrze pełnymi garściami. To budzi we mnie same dobre wspomnienia.
Ponieważ jednak nieszczęścia chodzą parami, moja radość nie trwała długo. Przeniesiono mnie na inną salę, gdzie były starsze ode mnie dziewczynki, chodzące do pierwszych klas szkoły podstawowej. Niby maluchy, ale jednak starsze a dzieci potrafią być bezlitosne dla słabszych. Byłam tam najmłodsza, toteż można się było na mnie wyżyć. Moje koleżanki wlewały mi zatem wodę do nosa, bo bawiły się w doktora, straszyły mnie w nocy duchami, psuły zabawki a ostatecznie zabrały mi małego plastikowego Jezuska z szopki świątecznej, którego trzymałam w małej czerwonej portmonetce i był on dla mnie moim największym skarbem. Zapomniałam jeszcze o piesku, który miał głowę na sprężynce i ruchome oczka. Sprężynkę naciągnęły a oczka wydłubały. Dla mnie było to tak wstrząsające przeżycie, że pamiętam je do dziś i stale wzbudza we mnie emocje. Próbowałam tego nieszczęśnika naprawić, więc domalowałam mu oczy długopisem a sprężynę jako, tako zwinęłam i psiuńcio był od tego czasu skrzywiony nieco, więc pasował bardzo do swojej pańci kuternóżki.
Ponieważ cierpiałam bardzo będąc na tej sali, toteż gdy dowiedziałam się, że na Święta Bożego Narodzenia wyjdę na przepustkę oszalałam ze szczęścia. Moja mama powiedziała mi tydzień wcześniej, że przyjedzie po mnie z samego rana, więc  ja zaraz po śniadaniu byłam zwarta i gotowa. Dzień był przepiękny, słoneczny a zima roztaczała swoje uroki w pełnej krasie. Śniegu napadało mnóstwo więc święta zapowiadały się wspaniale. Czekając na mamę biegałam rozgorączkowana po oddziale i żegnałam się ze wszystkimi dzieciakami i siostrami:
- zaraz jadę! Moja mama zaraz po mnie przyjedzie!
Dziecięce sanatorium było położone niedaleko stacji kolejowej i było słychać, jak odjeżdżają kolejne pociągi.
Ktoś wszedł na oddział.
- Mama! Nie, to ktoś obcy. Znowu, ktoś idzie, ale nie po mnie.
Mijały kolejne minuty, godziny. Nadszedł obiad i podwieczorek a potem podali kolację. Wszystkie dzieci rozjechały się do domów  a ja dalej czekałam, czekałam, czekałam ...
Zostałam sama na sali, wtulona w poduszkę, zapłakana i kompletnie zdezorientowana. Jak to, to zostanę tutaj na święta? Nikt po mnie nie przyjedzie? Gonitwa myśli, huśtanie się z boku na bok, żeby nie zwariować. Telefon w dyżurce - pędzę jak oszalała - może to mama dzwoni? Nie?
Dopiero teraz przypomniały sobie o mnie siostry. Wzięły mnie na kolana, przytuliły i wytarły zapłakany dziób. Siedziałam tam u nich przez jakiś czas ale potem powiedziały, żebym się położyła spać bo mama na pewno przyjedzie na drugi dzień. Znowu wróciłam na salę. Siedziałam przy zgaszonym świetle w kompletnym mroku. Przez okno było widać światła latarni i słychać było jadące czasami pociągi. Gawrony krakały smętnie a na drzewach pod wpływem wiatru kołysały się kule jemioły. Do dzisiaj jemioła kojarzy mi się z tym wieczorem.
Nadeszła godzina  21-a i nagle na oddziale zjawiła się moja babcia! Matko jedyna, co za radość! Miała być mama rano a jest babcia wieczorem, o co tutaj chodzi? Nieważne! Ważne, że nie zostanę na tym znienawidzonym przeze mnie oddziale. Dodam, że moja babcia nie była staruszeczką wtedy, tylko czterdziestosześcioletnią pracująca jeszcze zawodowo piękną kobietą, którą wszyscy posądzali o bycie moją matką. Często wprowadzało to zamieszanie w szpitalach i sanatoriach, bo mamą nazywali babcię a prawdziwą mamę siostrą. Ubaw po pachy.
Moja babcia do dzisiaj wspomina, jak wbiłam się w nią prawie paznokciami i za skarby świata nie mogła mnie od siebie oderwać. Tłumaczyła, że mamie coś wypadło a ona przyjechała pociągiem po pracy, który na dokładkę przez śnieżycę był opóźniony. Obydwie bardzo zdenerwowane i poruszone dreptałyśmy przez zdrojowy park skrzący się się zmrożonym śniegiem, w kierunku małej, kolejowej stacyjki.
Do mieszkania babci dotarłyśmy po północy. Z dworca wzięłyśmy taksówkę, żeby się nie plątać po nocach, zwłaszcza że śnieg zaczął znowu sypać wielkimi płatami. Na miejscu babcia położyła mnie do ciepłego łóżka. Nareszcie byłam w domu.