piątek, 23 listopada 2012

Bo chodzi o to, żeby nie wpaść w błoto.

    Osiedle na którym mieszkałam było w budowie od 3 lat. Na placach pomiędzy budynkami stały ogromne szpule z kablami a ścieżki były ułożone z płyt zbrojeniowych, żeby po błocie gliniastym w czasie deszczu nie łazić. Z tych płyt wystawały druty zbrojeniowe i można było niezłego orła wywinąć gdy się człowiek o to zahaczył.
Obok mojego bloku budowano jeszcze dwa wieżowce tzw. ślizgi. Ich nazwa pochodziła od sposobu ich budowania. Rosły sobie i rosły aż urosły do dziesiątego piętra.
Po drodze do szkoły powstawał kompleks handlowy i tam również było błoto, błoto i jeszcze raz błoto a gdzieniegdzie błoto. Ponieważ byłam jeszcze małym tuptusiem z ogromnym tornistrem to do szkoły odprowadzała mnie czasami babcia, czasami mama a czasami ciocia ale to nie trwało długo, bo szybko się usamodzielniłam i chodziłam sama.
W ten jednak dzień jeszcze nie szłam sama i padło na babcię. Moja babcia jeszcze wtedy pracowała w księgarni i nie wiem dlaczego w tym dniu miała akurat wolne, ważne że odprowadzała mnie do szkoły.
Spakowałam tornister, zarzuciłam na plecy i chwytając babciną rękę maszerowałam na lekcje na godzinę 12.00. Tak, tak nie pomyliłam się na dwunastą. Wtedy panował wyż demograficzny, w klasach było po czterdziestu pięciu uczniów a klasy były od A do F. Do szkoły chodziliśmy na trzy zmiany!
W tym dniu pogoda była nie najgorsza, nawet słoneczko świeciło ale na naszej budowie było i tak błotniście i grząsko. Na koniec osiedla dotarłyśmy bez przeszkód i byłyśmy już w okolicy sklepów, gdy na drodze wyrosła deska wsparta na dwóch kamieniach. Ja szłam pierwsza i zamierzałam to cudo ominąć ale za sobą usłyszałam głos babci:
- idź po tej kładeczce a nie po błocie, bo buciki pobrudzisz.
- ale mnie tędy wygodniej będzie.
- nie żabciu idź po kładeczce.
No skoro tak, to żabcia weszła na kładeczkę i nagle poczułam, jak to cholerstwo się kołysze! Jeden krok, drugi - ała! to się przechyla! - trzeci - oj, oj, oj! - czwartego już nie było. Wyłożyłam się jak długa w poprzek błotnistej kałuży. Czułam, jak ta ciapa dosłownie wlewa mi się za kołnierz.
Gdy już stanęłam na nogi, brudząc oczywiście buciki, okazało się że ja się kompletnie do szkoły nie nadaję! Zrobiłyśmy w tył zwrot i świńskim truchtem pognały do domu, żebym się mogła przebrać.
Jedynym pozytywem było to, że mogłam już teraz włazić we wszystkie kałuże i błotka, bo już i tak nic nie mogło mi zaszkodzić.
W domu rozebrałam się do rosołu, bo rzeczywiście wszystkie ciuchy były do prania, ale to jeszcze nic, bo okazało się, że wszystkie zeszyty i książki nieźle oberwały! W moim tornistrze dosłownie wszystko pływało. Wycierałyśmy każdą okładkę, wyciągnęłyśmy upaprane drugie śniadanie i piórnik a czas leciał. Przebrałam się w czyste ubranie, jako tako reanimowane zeszyty upchnęłam do wyczyszczonego tornistra i wio z powrotem do szkoły. Po drodze przeszłam obok kładeczki i dzięki temu dotarłyśmy już na ostatnią lekcję do szkoły.
Moja Pani, jak usłyszała tą historię, to pokiwała tylko głową i uśmiechnęła się od ucha do ucha.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz